sobota, 14 listopada 2015

Pełen etat?!


Wpadłam do  klasy prawie na ostatnią chwilę. Szybkie spojrzenie na dzieciaki – są. Rozglądam się w poszukiwaniu nauczycielki. Nigdzie jej nie widzę. Nie ma jej. Jak to jej nie ma?! – przebiega szybko przez moją głowę. W sercu tli się jeszcze nadzieja – może się spóźni. Po kilku minutach zaczynam wątpić. Idę więc do nauczycielki z Grade 2 i pytam o moją nauczycielkę. W odpowiedzi słyszę: Madame dziś nie przyjdzie. Pojechała do kliniki na badania. Zdarzało się już wcześniej, że jej nie było, ale zwykle dostawałam jakieś wsparcie.
Czuję, że zaczynam panikować. W całej szkole wszyscy chodzą na palcach, bo Grade 9 pisze końcowe egzaminy, a ja mam zostać sam na sam z 50 małych łobuzów, które zupełnie nie uważają za stosowne by mnie słuchać. Jak mam ich ogarnąć, by nie rozniosły szkoły, a przede wszystkim nie przeszkadzały starszym kolegom, którzy piszą tak ważne dla nich egzaminy. To nie jest najlepszy dzień w moim życiu…
Wracam do klasy i zastanawiam się co teraz. Zwykle tylko sprawdzam zeszyty i pomagam mniej zdolnym uczniom, ale od uczenia jest nauczycielka, nie ja. Patrzę na plan lekcji. Czas na matematykę. Hmm… ostatnio były ułamki. Chyba warto trochę je trochę z dzieciakami poćwiczyć. Zaglądam do podręcznika. Prawie nic w nim nie ma, większość zadań przerobiona. No cóż. Teraz czas na moją kreatywność. Na poczekaniu wymyślam kilka przykładów i zapisuje je na tablicy. Próbuje uciszyć tych rozbieganych i hałaśliwych małych ludzi. Udało się. Mam 20 sekund na wyjaśnienie, o co chodzi w zadaniu. Po tym czasie hałas w klasie wraca do poprzedniego poziomu. Więc szybko tłumaczę im, jak najprościej rozwiązać zadanie. Potem siadam, oczekując na zeszyty do sprawdzenia. Pierwszy skończył Kay. Wszystko dobrze. Ale tego można się było spodziewać. Potem pojawia się coraz więcej zeszytów. Nie mogę uwierzyć własnym oczom. Nawet Mumbi, Pasina i  Juliet mają wszystko dobrze. Mimowolnie się uśmiecham. Nie spodziewałam się, że tak dobrze im pójdzie. W międzyczasie przychodzi jedna z nauczycielek, która powinna mi pomagać. Patrzy na mnie, pyta czy wszystko OK i znika za drzwiami… Znów jestem sama.
Patrzę na plan – czas na angielski. Zastanawiam się co mam zrobić. Wiem, że oni w większości znają angielski lepiej ode mnie, a ja mam ich uczyć… to jest dopiero wyzwanie. I  lekcja pokory. Znów przeglądam podręczniki i czuję, że jestem w kropce. Wtedy przypomina mi się, że mogę poćwiczyć z nimi rzeczy, które już niebawem będą mieli na końcowo rocznym egzaminie. Chwila współpracy ze słownikiem i biorę się do roboty. Na tablicy pojawia się zadanie z angielskiego. Znów na chwilę zjawia się Mrs. Chansa, więc pytam czy nie zrobiłam przypadkiem jakiegoś błędu. Nie chciałabym im namieszać w głowie. Mówi, że wszystko jest dobrze. Jestem z siebie dumna.
W międzyczasie podchodzi do mnie Nambulelo ze swoim zeszytem i mówi, że ktoś jej narysował na okładce brzydkie rzeczy. Patrzę na zeszyt i ciężko mi uwierzyć, że mam do czynienia z 8-9 latkami. Zastanawiam się, co powinnam zrobić. Czuję się odpowiedzialna za te małe istoty i chcę by wyrośli na dobrych ludzi... Bijąc się z myślami, odmawiam z nimi modlitwę przed posiłkiem i wypuszczam ich na przerwę. Mam chwilę na przemyślenie sytuacji. W końcu decyduję się pójść po radę do siostry dyrektor. Siostra mówi, że mam przyprowadzić właścicielkę zeszytu oraz twórcę rysunku. Problem jest taki, że nikt nie chce się przyznać do tego „dzieła”. Ale jest dwóch podejrzanych. Łapię ich za ręce i prowadzę do gabinetu dyrektorki. Mam trochę wyrzuty sumienia, że będą mieli jakieś nieprzyjemności, ale wiem, że to dla ich dobra.
Wracam do klasy. Szukam w podręczniku do S.D.S (Social and Development Studies), czegoś, czym mogłabym zająć moich rozrabiaków. Wtedy w drzwiach staje Rosemary – dziewczyna, która kilkanaście dni temu ukończyła naukę w Grade 12. Została przysłana do pomocy. Pomaga mi uciszyć dzieciaki, a dodatkowo przejmuje czerwony długopis i zaczyna sprawdzać zeszyty. Jest moim wybawieniem. Ja mogę się skupić na przygotowaniu się do zajęć z Science. Przeglądam szafkę w storeroom’ie w poszukiwaniu natchnienia. Znajduję stary podręcznik od Science, a w nim całkiem przydatne zadania. Zrobię powtórzenie wiadomości przed egzaminem. Co jakiś czas do klasy zagląda Mrs. Chansa, by sprawdzić jak sobie radzimy. Potem usiadła w jednej z ławek i siedzi tam już do końca zajęć. Czuję się trochę niepewnie, wiedząc, że jestem obserwowana przez wykwalifikowaną nauczycielkę. Ale dalej walczę z Science. Dzieci co jakiś czas podchodzą by im przeczytać zadanie z tablicy, bo mają problem z rozczytaniem mojego pisma. Część z nich po prostu nie umie czytać…
W końcu wybija 12:00. Koniec zajęć. Jeszcze tylko sprzątanie klasy z wyznaczonymi uczniami i mogę iść na lunch. Rosmary pomaga nam sprzątać. O 12:25 podłoga w klasie jest już zamieciona i umyta, ławki ładnie poustawiane. Dziękuję Rosmary i dzieciakom za współpracę i ruszam w kierunku dining room’u (jadalni) na zasłużony lunch.
Czuję się wykończona, jakbym cały dzień przerzucała tony żwiru łopatą. Ale przede wszystkim czuje się szczęśliwa. Z  Bożą pomocą mój nienajlepszy dzień stał się bardzo dobrym dniem. I myślę sobie, że jeżeli Pan Bóg nas do czegoś powołuje, to i uzdalnia nas do tego i daje nam wystarczająco dużo sił, abyśmy mogli dobrze wypełnić powierzone nam zadanie.

poniedziałek, 2 listopada 2015

Wszystkich Świętych

   Obudziłam się rano z myślą – dziś jest 1 listopada! – Wszystkich Świętych . Uroczystość, która jest tak ważna w Polsce, ale głównie kojarząca się z chodzeniem na groby bliskich zmarłych. Jakże inna będzie ona tutaj, tak daleko od domu. Zambijczycy nie chodzą na groby swoich bliskich. Jeśli ktoś zbyt często bywa na cmentarzu, znaczy że coś jest z nim nie tak.
   Jak w większość niedziel poszłyśmy z Kasią i pozostałymi wolontariuszami do franciszkańskiego kościoła St. Bonaventure. Świątynia jest zawsze pełna młodych kapucynów i franciszkanów, ponieważ jest częścią St. Bonaventure College, gdzie się kształcą młodzi zakonnicy.
   Zaskoczyło mnie to, jak radośnie tutaj się świętuje Wszystkich Świętych. U nas, mimo że się próbuje separować Wszystkich Świętych i Dzień Zaduszny, to najczęściej oba dni mają wymiar dosyć przygnębiający, pełen zadumy i nostalgii.
   Bardzo mnie zainteresowało, a za razem skłoniło do myślenia kazanie, wygłoszone przez pewnego kapucyna ze Stanów Zjednoczonych. Mimo, że mówił bardzo długo, bo około 45 minut, to słuchało się go z zapartym tchem. Mówił o tym, że aby być świętym nie trzeba całować trędowatych, czy biczować się 24 godziny na dobę. Ale trzeba umieć przebaczać swoim wrogom. Święty to ten który nie spoczywa na laurach, lecz jego życie jest ciągłą drogą, na której stale się nawraca i  doskonali. Bo nikt przecież nie urodził się świętym. Święty nie zachowuje uraz, nie obraża się. Święty to  ten, który zna Boga i którego Bóg zna. Prawdziwych świętych się nie dostrzega, bo rozpływają się oni w Bogu jak sól w wodzie, stają się niewidzialni, by ludzie mogli przez nich oglądać Stwórcę.
   Zakonnik przestrzegał także przed tym, by nie robić sobie ze świętych bożków, bo oni przecież mają nam  tylko pomagać być bliżej Boga, a nie Go zastępować. Święty całe życie idzie w jednym kierunku – tam gdzie jest Bóg.
  I na koniec powiedział, że musimy się zacząć interesować świętymi naszych czasów. Bo faktycznie, bardziej znamy świętych, którzy żyli kilkaset lat temu, niż tych, którzy są bliżsi naszym czasom. Obecnie raczej ciężko naśladować św. Franciszka z Asyżu czy św. Joannę d’Arc.      Ale każdy z nas jest powołany do tego, by podążać własną drogą do świętości, taką która jest bliższa naszym czasom i warunkom w jakich żyjemy. Ale jedno na pewno się nie zmieni. Na tej drodze to Bóg jest przewodnikiem, ale także celem naszej wędrówki. I to na Niego mamy cały czas wskazywać naszym bliźnim.
Pamiętaj! I Ty możesz zostać świętym! :)

środa, 28 października 2015

Czy jesteś gotowy na śmierć?

     Czy jestem gotowa na śmierć? To pytanie od kilku dni często do mnie powraca. W City of Hope co chwilę słyszymy o tym, że komuś umarł ktoś bliski. Jednej z sióstr zupełnie niespodziewanie umarła mama, drugiej siostra, kolejnej znów siostra, komuś mąż, bratanek…
     I za każdym razem, kiedy s. Maria dzieliła się z nami tymi przykrymi wiadomościami, mówiła do dziewczyn: Pamiętajcie, nigdy nie wiadomo, kto kiedy umrze. Więc trzeba być zawsze gotowym. Pomyślałam sobie, że brzmi to dziwnie, gdy takie słowa kierowane są do grupy nastoletnich dziewczyn. Przecież one są takie młode. Przecież one dopiero tak naprawdę rozpoczynają swoje życie. Ale śmierć może przyjść w każdym momencie.
     W Zambii, pewnie z powodu niskiego poziomu higieny, słabo rozwiniętej opieki medycznej, ubóstwa, śmierć jest czymś bardziej powszechnym niż w Polsce. Często dotyka ludzi, którzy z naszego punktu widzenia są jeszcze za młodzi by umrzeć. Ale ktoś mądry powiedział, że jeśli się urodziłeś to jesteś wystarczająco stary by umrzeć.
     I tak pytam samą siebie: Czy jestem gotowa na śmierć? Czy żyję tak, by w każdym momencie być gotową na spotkanie z Panem, czy nie odkładam nawrócenia, zmiany w swoim życiu na później, kiedy będę miała więcej czasu, kiedy będzie mi się bardziej chciało? Bo przecież nigdy nie wiem, kiedy Pan nas wezwie do Siebie.
     W tym momencie przypomina mi się historia, chyba św. Dominika Savio. Ktoś zapytał kilku chłopców grających w piłkę co by zrobili, gdyby dowiedzieli się, że dziś umrą. Jeden odpowiedział, że pogodziłby się z rodziną i przyjaciółmi, drugi że by się wyspowiadał. A św. Dominik odpowiedział, że grałby dalej. Jego odpowiedź świadczy o tym, że żył tak, by w każdym momencie być przygotowanym na śmierć… A co ja bym odpowiedziała?

sobota, 17 października 2015

Podróże raczej małe niż duże


W Zambii wszystko jest dziwne, inne. W sumie takie niezwykłe.
W Lusace komunikację miejską tworzą małe busiki, które w Polsce pewnie mogły by przewieźć na raz jakieś 9 osób. Nie w Zambii. Tutaj pojemność takiego busa zwiększa się do 15-17 osób, nie licząc dzieci, siedzących rodzicom na kolanach.
Takie busy nie mają żadnego rozkładu jazdy, a o kierunek, w którym jadą, musisz spytać kierowcę lub tzw. konduktora. Ale nie. W sumie nie musisz pytać. Oni sami, stojąc przy busach, zaczepiają przechodniów, pytając dokąd chcą jechać. Niektórzy z nich, widząc nas, już z daleka krzyczą: „City of Hope?”
Najtrudniejszym dla mnie momentem, a raczej niezłą szkołą cierpliwości, jest oczekiwanie na odjazd takiego autobusu. Bo to nie jest tak, jak u nas – wybija godzina odjazdu i autobus rusza. Nie. Tutaj trzeba czekać aż busik będzie pełny. Często siedzimy ściśnięte bardziej niż sardynki w puszce. I to bardzo gorącej puszce. I czekamy na kolejnych pasażerów. Czasem czekamy kilkadziesiąt minut. Dla zabicia czasu odliczam ilu jeszcze pasażerów nam potrzeba, by odjechać. Niekiedy to czekanie trwa tak długo, że już szybciej byłoby iść na piechotę. W międzyczasie do oczekującego na odjazd „autobusu” podchodzą ludzie, którzy próbują nam sprzedać wodę, chipsy, męski T-shirt, czy coś, czego nie jesteśmy nawet wstanie zdefiniować. A jak jeszcze zobaczą nas – muzungu (białych ludzi) – to nie ma zmiłuj. Zwykle zapominają o tym, że mają coś do sprzedania. Zamiast tego zaczepiają nas, wypytują o imię, zasypują komplementami, albo tak po prostu proponują od razu małżeństwo.
Poza tym zdarza się, że jadąc takim autobusem, można zostać zaatakowanym przez kurczaka, biegającego po podłodze.
Albo…
Piątkowe popołudnie jest dla nas zawsze czasem na robienie zakupów na cały tydzień.  Więc jak zwykle w ostatni wybrałyśmy się do pobliskiej galerii handlowej (tak, w Zambii są centra handlowe) - Makeni Mall. Pobliska – czyli około 45 minut piechotą od City of Hope. Zrobiłyśmy szybkie zakupy i wracamy. Miałyśmy dosyć ciężko, więc zdecydowałyśmy, że skorzystamy z usług komunikacji miejskiej. Kierowca twierdził, że jak wsiądziemy, to do odjazdu będzie brakować 3 osób. Jednak chyba był słaby z matematyki, bo na pierwszy rzut oka było widać że brakuje jakieś 3 razy tyle. No ale cóż. Nie pozostało nam nic innego, jak tylko uzbroić się w cierpliwość i czekać. I w pewnym momencie do busika wsiadły dwie kobiety wraz z trojgiem dzieci. Każda z nich miała po jednym dziecku na kolanach. No ale co zrobić z trzecim dzieckiem, około 5-6 letnią dziewczynką? Kierowca rozejrzał się po busie i oświadczył, że dziewczynka usiądzie mi na kolanach. Nawet nie spytał mnie o zdanie. I już chwilę potem trzymałam na kolanach śliczną dziewczynkę, która miała na głowie całą masę małych warkoczyków. Istotka ta nie czuła się całą sytuacją jakoś bardzo skrępowana. Jedynie przez chwilę bacznie mi się przyglądała, po czym zaczęła głośno liczyć na palcach: one, two, three... Po chwili przyłączyłam się do niej i wspólnie doliczyłyśmy do stu… W końcu ruszyliśmy. Dziewczynka całą drogę do naszego przystanku umilała mi swoim śpiewem. Niestety nawet nie wiem jak miała na imię.
Ale wysiadając z busa przypomniałam sobie, że ledwie dzień wcześniej myślałam o tym, że tęsknię za moimi małymi bratankami i siostrzeńcem i chętnie wzięłabym ich na kolana… a w zamian za to dostałam małą zambijską dziewczynkę.

czwartek, 8 października 2015

Boża szkoła


           Dni w City of Hope pędzą jak szalone. Aż trudno uwierzyć, że to już miesiąc odkąd opuściłyśmy nasz dom, kraj i ruszyłyśmy w nieznane.
Teraz to nieznane jest już bardziej znane. Już znam imiona moich 53 dzieci z 3-klasy, już wiem jak poradzić sobie z mrówkami, które wpraszają się na kolację do naszej kuchni,  już wiem, pod którym drzewem mogę znaleźć dojrzałe awokado. Ale każdego dnia dostaję tutaj kolejne lekcje, by nauczyć się czegoś nowego. Misje w Zambii to niezła szkoła. Szefem tutaj jest Pan Bóg. To On wie i decyduje, kiedy jaka lekcja jest potrzebna i kto ma być moim nauczycielem.

Lekcja modlitwy

Mary. Szalona dziewczyna z Grade 8. Zawsze roześmiana, otwarta, przyjazna.  Śpiewa w szkolnym chórze, a w wolnym czasie robi zambijskie szaliki na drutach. Od poniedziałku do czwartku spędzamy razem półtorej godziny w czasie study time. Na początku zajęć inne dziewczyny schodzą się, szukają swoich zeszytów, rozmawiają, śmieją się. Ale nie Mary. Ona w skupieniu czyni znak krzyża i dłuższą chwilę modli się, zanim zacznie naukę. A ja patrzę na nią zawstydzona, ale także z wielkim podziwem. Bo ja sama bym o tym nie pomyślała.

Lekcja dzielenia się

Rozdajemy z Kaśką ryż na przerwie. Podchodzi do nas dwóch chłopców z małym plastikowym pudełkiem. Nakładamy im porcję ryżu i patrzymy jak odchodzą z tym swoim ‘skarbem’. Uważają, żeby żadne ziarenko ryżu nie spadło na ziemię. Potem siadają na betonowej podmurówce małego, okrągłego domku i wspólnie zjadają być może jedyny posiłek w ciągu dnia. Nie możemy się na nich napatrzeć. Nawet nie zdają sobie sprawy, że ich obserwujemy. Zrobili w moim sercu niezłe zamieszanie.

Lekcja ‘nie oceniaj pochopnie’

Florence. Około 10-11 letnia dziewczynka, która na stałe zamieszkuje City of Hope. Jest też uczennicą mojej 3 klasy. Na początku bardzo irytowała mnie swoim zachowaniem – zawsze przeszkadzała na lekcjach, chodziła po klasie zaczepiała innych i biła się z kolegami. Była po prostu nieznośna. Któregoś dnia, kiedy nauczycielka zostawiła mnie sam na sam z 50 dzieci, wzięłam Florence do tablicy. Okazało się, że nie umie ona czytać, a liczenie też nie szło jej zbyt dobrze. Zaczęłam zastanawiać się o co w tym wszystkim chodzi, dlaczego jest w niej tyle złości… I pewnego dnia wszystko się stało jasne: kiedy Florence przyszła na świat, jej mama zmarła podczas porodu. I jej najbliżsi się jej wyparli, obwiniając ją za tę tragedię. Teraz już rozumiem skąd to jej buntownicze nastawienie do całego świata. I teraz już zupełnie inaczej patrzę na Florence. Moją Florence.

Lekcja robienia na drutach

A na koniec coś co zaskoczyło mnie najbardziej. Zawsze chciałam umieć robić na drutach.  Niestety w Polsce do tej pory nie miałam okazji się tego nauczyć. Ale nigdy, przenigdy nie pomyślałabym, że w Zambii, w tym gorącym kraju, zdobędę tę umiejętność i że moją nauczycielką będzie kilkunastoletnia Edith. Musiała być bardzo cierpliwa, bo nie jestem zbyt pojętnym uczniem. Ciągle coś plątałam. A ona raz po raz mnie poprawiała, którędy powinnam przekładać włóczkę. I w końcu moje marzenie się spełniło. Umiem robić na drutach! Może mój sprzęt nie jest zbyt profesjonalny – mam dwa zwykłe druty znalezione przez dzieciaki w drodze do szkoły. Może potrzebuję jeszcze trochę poćwiczyć. Ale jak wiadomo – trening czyni mistrza.

 Pan Bóg ma naprawdę szalone pomysły. I On jest najlepszym Nauczycielem.





sobota, 19 września 2015

Zwykły niezwykły dzień

Kiedy zaczynam pisać tego posta jest ciemno -  nie ma prądu. Regularnie go wyłączają na 8 godzin dziennie, jednak nigdy nie wiadomo kiedy. Siedzimy przy świeczkach. Na szczęście bateria w laptopie jest naładowana.
Nasz dzień w City of Hope zaczyna się jeszcze przed wschodem słońca. Tu słońce zawsze wschodzi koło 6:00. Więc wstajemy po 5 by się przygotować do najważniejszego wydarzenia tego dnia  - Mszy Świętej. To wyjątkowe poranne spotkanie z Panem daje siły mi na cały dzień. W drodze do kaplicy zastanawiam się: jak to jest możliwe, że jestem w Zambii, na drugimi końcu świata? Pan Bóg jest naprawdę niesamowicie dobry!
Po Mszy szybkie śniadanie i  już o 7:15 mijam bramę szkoły. Ledwo ją przekraczam, za ręce łapie mnie dwoje z  moich trzecioklasistów. Dziewczynka ma na imię Sharon, chłopiec – jeszcze nie pamiętam. Razem docieramy do klasy. Staję twarzą w twarz z pięćdziesięciorgiem brązowych jak czekolada dzieci. Zaczynamy od modlitwy. Kiedy modlą się do naszego Taty w Niebie patrzę na ich zamknięte oczy i skupione twarze. Są piękne. W swoich szkolnych mundurkach, brudnych, dziurawych, w za małych butach. O tak! Są piękne.
W trakcie lekcji pomagam nauczycielce tłumaczyć dzieciom zadania z matematyki, sprawdzam zeszyty z angielskiego i uczę się Cinyajna – lokalnego języka. (Jak byście kiedyś potrzebowali : pomidory to cimate, a ryba - nsomba.) Dzieciaki cały czas rozrabiają i gadają – zupełnie jak te w Polsce. Ale te mają tylko po jednym ołówku i kilka tanich zeszytów. Ci, którzy mają gumkę do ścierania, pożyczają innym. Ołówki ostrzą żyletkami Gillette. Patrząc na nich, zastanawiam się, że mając tak niewiele są tacy szczęśliwi.
W czasie przerwy idziemy z Kasią rozdawać ryż dla dzieci, które przyszły do szkoły głodne. Niestety, niektóre z nich próbują nas oszukać i stają w kolejce po drugą porcję. Musimy być czujne. Jednak większość z nich siada gdzieś na ziemi przy misce gotowanego ryżu i łapkami, często brudnymi, go jedzą. Te dzieciaki są niesamowite! Większość z nich dzieli się z innymi swoją porcją ryżu, mimo, że dla niektórych może być to jedyny posiłek w ciągu dnia.
O 12:00 koniec lekcji. Jeszcze sprzątanie klasy i lecę na lunch. Po lunchu chwila przerwy i znów do szkoły. Tym razem Preps (zajęcia przygotowujące do egzaminów) z ósmoklasistkami. Dziewczyny na wszystkie sposoby próbują zająć moją uwagę, ale ja dzielnie próbuję tłumaczyć im mnożenie ułamków. Niektóre z nich w końcu zrozumiały. Uśmiechają się. Radość na ich twarzach jest dla mnie prezentem. Od Taty.
Potem trochę wolnego dla mnie. Mogę odpocząć. Jeśli akurat jest prąd mogę zrobić pranie, coś ugotować, albo złapać trochę internetu (choć to nie jest łatwe ;)) by odpisać na wiadomości od znajomych. O 17:30 kolejny ważny moment w ciągu dnia – różaniec. Odmawiamy go po angielsku. Czasami dziewczyny śpiewają w Cinyanja. A śpiewają niesamowicie. Różaniec uświadamia mi powszechność Kościoła – ta sama modlitwa odmawiana jest na każdym krańcu świata. Niesamowite!
Po różańcu znów nauka. Tym razem z dziewczętami, które na stałe zamieszkują City of Hope. Malama – dziewczyna z niesamowitym poczuciem rytmu i cudownie grająca na bębnach, prosi bym wytłumaczyła jej coś z algebry. Pierwsze kilka prób kończy się niepowodzeniem. Wspólnie uczymy się cierpliwości: ja tłumaczę jej kolejny raz to samo, ona kolejny raz pomaga mi nazwać pojęcia matematyczne po angielsku. Ale dajemy radę. W końcu Malama rozwiązuje zadanie dobrze. I kolejne. I jeszcze jedno. Wygląda na to, że zrozumiała. Z radości klaszcze w dłonie i w podskokach biegnie do swojego pokoju. Myślę; „Dziękuję Tato!”
Teraz już wolne, robimy z Kasią kolację, dzielimy się wrażeniami z całego dnia, próbujemy wykurzyć jaszczurkę z kuchnii. Niestety uciekła za lodówkę. No cóż – zamieszka z nami. Przed snem jeszcze wspólnie odmawiamy Nieszpory. Teraz już możemy spokojnie iść spać. Bo jutro kolejny zwykły lecz bardzo niezwykły dzień.


środa, 15 lipca 2015

Dla Boga nie ma nic niemożliwego!



„Pan rzekł do Abrama:
Wyjdź z twojej ziemi rodzinnej
i z domu twego ojca
do kraju, który ci ukażę.
Rdz. 12,1

Ten fragment Pisma Świętego usłyszałam prawie rok temu podczas rekolekcji w milczeniu. Ale czy to możliwe, żeby były skierowane do mnie - pomyślałam – chyba nie...
A jednak. Pan Bóg szeptał delikatnie do mnie: Kasiu, wyjdź z twojej ziemi rodzinnej i z domu twego ojca do kraju, który ci ukażę.

I tak oto trafiłam we wrześniu do Salezjańskiego Ośrodka Misyjnego. To tam próbowałam znaleźć odkryć, czy właśnie wyjazdu na misje pragnie ode mnie Pan Bóg. I tam uzyskałam odpowiedź. Pan Bóg przygotował mi miejsce na najbliższy rok w City of Hope, w Lusace, stolicy Zambii.

Gdybyś powiedział mi rok temu, że zostanę posłana na misje wobec kilkudziesięciu tysięcy młodych ludzi zebranych na Lednicy – nie uwierzyłabym Ci.

Gdybyś powiedział mi rok temu, że się będę zastanawiać co jeszcze może się przydać na misjach w Afryce  – nie uwierzyłabym Ci.

A teraz, już po posłaniu na Lednicy, przygotowując się do wrześniowego wyjazdu, chyba nadal nie mogę w to uwierzyć. Że spotkało mnie tak wielkie szczęście - Pan Bóg w Swej wielkiej Miłości, chce zabrać mnie ze Sobą do Zambii.

I tak sobie myślę, że to wszystko jest wielkim cudem, który Pan Bóg czyni w moim życiu. Bo przecież dla Boga nie ma nic niemożliwego. :)